Dziecko tylko dla bogatych?

W Gazecie Prawnej natknąłem się ostanio na kolejny artykuł wpisujący w się w co raz głośniejsze pokrzykwianie, że  w Polsce rodzi sięza mało dzieci. No ale o tym wiedzą już chyba wszyscy. Szkoda tylko, że mało kto kwapi się do tego, aby w końcu zakasać rękawy i coś z tym zrobić… Zrobić, czyli stworzyć warunki sprzyjające zakładaniu rodzin i prokreakcji. Broń boże nie mylić tutaj z poltycznymi chęciami czy zapewnieniami, że "coś się zrobi", bo wiemy już, że w tym przypadku zawsze kończy się na obietnicach bez pokrycia.

Autorka wspomnianego tekstu zwraca uwagę, że dla równowagi demograficznej w Polsce na świat powinno co roku przychodzić około 600 – 650 tys. maluchów, a tym czasem rodzi się u nas 300 – 380 tys. dzieci.  No i jak to bywa w życiu, nic nie bierze się z niczego. To, że tak mało ludzi decyduje się na pierwsze lub kolejne dziecko wynika z kilku rzeczy.

Dla nikogo nie będzie chyba zaskoczeniem jak powiem, że główną barierą dla rodzin są pieniądze, a właściwie ich systematyczny brak. Nie ma przecież co ukrywać, że dziecko kosztuje. Sporo kosztuje. W końcu pieluszki, jedzenie, ubranka, kosmetyki, szczepienia, zabawki etc. to duże obciążenie dla domowego budżetu. Podobno z czasem też nie jest lepiej, bo trzeba zapłacić za żłobek, przedszkole, kupić przybory  i książki do szkoły, ubrania etc. Tymczasem media donoszą, że jeszcze nigdy w historii nie było takiej sytuacji, kiedy tak duża liczba osób młodych zostaje bez pracy. Sam wiem, że na jedno stanowisko pracy kandydauje czasemi nawet pokilkaset osób. Z kolei Ci którzy mają pracę z reguły tez nie mają powodów do radości. Zarobki są takie jakie są, a pietrzący się stos comiesięcznych faktur wydaje się nie mieć końca. Wbrew temu co wielu ludzi sądzi, umowa o pracę też nie daje stuprocentowej stabilności. Dziś praca jest, ale za dwa tygodnie już jej może poprostu nie być. Do tego jeszcze problemy mieszkaniowe i  … niekorzystny dla rodzin klimat prawie nakreślony. Prawie, bo oprócz pieniędzy trzeba wspomnieć również o niedorozwoju systemu opiekuńczego w Polsce. No bo jak innaczej nazwać sytuację, w której rodzice kłamią i oszukują, aby tylko zapisać swoją pociechę do żłobka czy przedszkola publicznego i tym samym móc skorzystać z łaskawości państwa, czyli opłaconych z budżetu 5 godzin pobytu swojego dziecka w żłobku czy przedszkolu? Zarówno publicznych przedszkoli, jak i żłobków jest w Polsce zdecydowanie za mało. Dlatego co kilka miesięcy w mediach pojawiają się przykłady patolgicznych zachowań rodziców, którzy w akcie desperacji biorą rozwody na papierze czy fałszują akty zgonów współmałżonka, żeby ich dziecko dostało miejsce w placówce. A przecież  nie każdego stać na opiekunkę czy prywatny żłobek lub przedszkole.

Według mnie kolejną barierą jest mentalność polskich pracodawców, którzy jak ognia omijają młode kobiety, mężatki i pracownice z dziećmi. Naprawdę nie wiem skąd to chore przeświadczenie, że kobieta z dzieckiem to wróg publiczny numer 1, który będzie kombinować i starać się działać na niekorzyść firmy. Halo Pracodawco! Zmień wreszcie swoją mentalność i pomyśl logicznie. Pracownica z dzieckiem co prawda narażona jest na większą absencję w pracy, ale z drugiej strony bardziej będzie jej zależało na utrzymaniu stanowiska pracy. Dlatego też będzie się mocniej starać i okazać się może bardziej opłacalna dla firmy niż niejeden pracownik. Tylko daj im szanse. A tak na marginesie, to mnie jako mężycznę zastanawia często dlaczego nikt na rekrutacji nie pyta mężczyzn czy posiadanie przez niego dziecka nie będzie kolidowała z pracą zawodową? Bo wciąż żyjemy w durnym przekonaniu, że opieka nad dzieckiem to tylko zadania kobiety. A w tym wszystkim najdziwniejsze jest to, że największymi strażniczkami tego przekonania są same kobiety. A skoro tak, to wielu mężczyzn idzie na łatwizne i dzieckiem zajmuje się tylko wtedy, kiedy ma na to kaprys.

Polecam Ci również lekturę tekstu: NieCoDziennik Ojca cz. 2: Dziwoląg  

Foto: sxc.hu

[qr-code id=”379″ size=”125″]